Sobotni wieczór na placu Jana Pawła II w Rudzie Śląskiej – Nowym Bytomiu miał w sobie coś z odkrywania na nowo miejsc, które znamy od zawsze. Historia huty spotkała się z modą, światłem i muzyką, a projekt „Wielki Piec Huty Pokój – Centrum Transformacji” pokazał, że przemysłowe dziedzictwo potrafi pulsować współczesną energią.
Hutnicza haute couture Joanny Decowskiej
Głównym punktem programu była prezentacja najnowszej kolekcji Joanny Decowskiej „Alchemia Wielkiego Pieca”. Projektantka, dotąd kojarzona z pasją do śląskiego folkloru, tym razem wykonała odważny zwrot w stronę estetyki industrialnej. Proces twórczy poprzedziły wizyty studyjne w hucie „Pokój” – od podziemi po najwyższe partie konstrukcji – oraz rozmowy z zespołem projektu „Wielki Piec” i analiza archiwaliów. Decowską inspirowały zarówno konstrukcje huty, jak i żywioły, o których opowiadał jej koordynator projektu, Adam Kowalski: ogień spustu surówki, woda chłodząca instalacje, powietrze utleniające metal oraz węgiel i metale kolorowe jako wsad do pieca.
Efekt? Na wybiegu pojawiły się modelki ubrane w kurtki, kombinezony, spodnie, bluzy i wieczorowe kreacje, których formy nawiązywały do instalacji technicznych, przemysłowej architektury i wyposażenia ochronnego hutników. Tkaniny były malowane, stemplowane, metalizowane, patynowane, a niektóre – hartowane ogniem. Upcykling nie był tu modnym hasłem, tylko naturalnym gestem: stare materiały dostały nowe życie, tak jak wkrótce dostanie je sam Wielki Piec.
Światło, ogień i stal
W świetle reflektorów kolory inspirowane hutniczymi żywiołami migotały i iskrzyły się złotymi refleksami. Zwiewna czerwona kreacja niosła w sobie echo wytopu surówki, miedziana błyszczała jak rozgrzany metal, a zielona przywoływała naturę wracającą na poprzemysłowe tereny. Srebrne stylizacje – kurtka, trencz, spódnice – wyglądały jak wypolerowana stal, chłodna i precyzyjna.
Modelki szły po wybiegu, którego krawędzie rozświetlały strzelające w górę zimne ognie. Ich rytm przywoływał obraz pracy wielkich pieców – znajomy każdemu, kto choć raz widział, jak rodzi się stal. Stylizacje dopełniła biżuteria Arnolda Jeżyny, twórcy marki Mr. Silver z Rudy Śląskiej – Halemby. W jego współczesnych, momentami futurystycznych formach ze srebra celowo pozostawiono ślady pilnika i młotka – hołd dla rzemieślniczej tradycji regionu. Część dodatków zaprojektowała również sama Decowska, tworząc spójną, industrialną narrację. Kulminacją pokazu była wyjątkowa czarna kreacja inspirowana rozbarskim strojem. Zapowiedziano ją słowami: – Powstała z myślą o tych, których matka huta pewnego dnia osierociła. Jest pamięcią o wszystkich ludziach związanych z hutą… Rękawy wykonano z czarnej siatki, która w świetle reflektorów przypominała delikatny woal, gorset, wyraźnie nawiązujący do konstrukcji przemysłowych, zdobiły symboliczne elementy: płonąca świeca oraz krzyż z czerwonych korali — znak szacunku i pamięci o przeszłości. Modelką, która zaprezentowała finałową „czarną kreację” była Ilona Kanclerz, jedna z najciekawszych postaci na śląskiej scenie designerskiej, inicjatorka m.in. ruchu Modny Śląsk i Ambasada Śląska. Na wybiegu w rolę ambasadorek kolekcji weszły mieszkanki Rudy Śląskiej – farmaceutka, przedsiębiorczyni, radczyni prawna, księgowa, pracowniczka IT, studentka i uczennica. Wśród publiczności znaleźli się natomiast uczestnicy międzyuczelnianego obozu etnograficznego – ponad sześćdziesięciu studentów i naukowców z siedmiu uczelni w Polsce. Przyjechali badać kulturę i dziedzictwo, a trafili na wieczór, w którym te pojęcia przestały być definicjami – stały się doświadczeniem, światłem, ruchem i emocją.
Magia chłodnej nocy
Gdy emocje modowe sięgnęły zenitu, scenę przejął Marcin Wyrostek z zespołem Corazon, zabierając publiczność w wielokulturową podróż muzyczną. Artysta, zaprezentował program łączący pasję tanga argentyńskiego, improwizację jazzową i bałkańską energię. Publiczność usłyszała m.in. „Libertango”, „Moldav”, „Children of Sanchez”, a także niebanalne interpretacje utworów Zbigniewa Wodeckiego, Kayah, Stinga. Choć wieczór był chłodny, a noc jeszcze chłodniejsza, warto było pozostać na placu Jana Pawła II do ostatnich chwil. Marcin Wyrostek nie tylko grał – żartował, opowiadał o muzyce, którą dosłownie wyczarowywał ze swojego akordeonu. Jego kontakt z widownią był tak naturalny, że chłód przestał mieć znaczenie.
Potrafił porwać ludzi do wspólnego śpiewania, a w finale cały plac nucił wraz z zespołem Corazon: Every breath you take… I’ll be watching you…
(r)
Foto. Wiktoria Kopka






